Podróż na Tokelau – filigranowy archipelag Południowego Pacyfiku – ma tylko jedną stację początkową – przystań portową w Apii, stolicy wysp Samoa. Darujmy sobie pomysł przelotu na Tokelau, bowiem na żadnej z tamtejszych mikroskopijnych wysepek koralowych nie ma dość miejsca na choćby najkrótszy pas startowy. W centrum Apii niemalże każdy wskaże kierunek do parterowego budynku „Tokelau Apia Liaison Office”, znajdującym się tuż przy ministerstwie komunikacji. To jedyne miejsce na całym Pacyfiku, gdzie dopełnimy formalności wizowych i nabędziemy bilet na frachtowiec. Rejsy odbywają się mniej więcej raz na dwa lub trzy tygodnie, w zależności od warunków metrologicznych i potrzeb, a planowana data rejsu może ulec opóźnieniu. Stały kontakt z biurem jest więc konieczny. Ważna w tym miejscu informacja: w okresach świąt i wakacji Tokelauańczycy z Nowej Zelandii, Australii i Samoa masowo udają się na rodzinne atole i to oni w pierwszej kolejności mają prawo do miejsc w kajutach, zaś turyści w miarę dostępnych miejsc. Obecnie trzy jednostki handlowe utrzymują regularne rejsy na tej trasie: niewielka MV Tokelau należąca do administracji wysp Tokelau, oraz samoańskie MV Samoa Express i nowocześniejszy frachtowiec MV Lady Noami. Na pokładzie ostatniego przeżyłem nostalgiczną przygodę podróży do jednego z najbardziej odizolowanych zakątków naszego globu.

Odprawa paszportowa sprawnie odbywa się w hali portowego terminalu, a chwilę potem obciążeni bagażami pasażerowie wspinają się metalowymi schodkami na rufowy pokład pasażerski. Płaski dach ocienia to rzędy plastikowych krzeseł, gwarantując przewiew rześkiego powietrza i rozległą panoramę portu, potem zaś bezkresu atramentowych fal oceanu. W zacienionych przejściach kobiety rozwijają maty i spoczywają na nich wraz z dziećmi. Podniesieniu kotwicy towarzyszy zgrzyt łańcucha ślizgającego się bieżniami wciągarek. Wibracja turbin silnika przyciąga do relingów. Z dreszczykiem emocji śledzimy początkowo manewry statku w zatoce, zaś po chwili dostrzegamy pierwsze kadry upajającego spektaklu plenerowego, portretującego malowniczą Apię na tle gęstwiny lasu dominującej nad zatoką góry Maeva i jej szczytem spowitym w białym obłoku – miejscem spoczynku szkockiego powieściopisarza Roberta Louisa Stevensona.

Rejs z Apii do pierwszego z atoli Tokelau trwa około doby i jest nie tylko doskonałą sposobnością nawiązania zażyłej przyjaźni z egzotycznymi współpasażerami, ale i okazją śledzenia gwałtownych zjawisk pogodowych przetaczających się nad bezmiarem oceanu. Niezachwiana, gładka linia złączenia fal i nieba wykreśla wokoło wodną pustynię, tchnącą zza horyzontu rześkimi powiewami pasatów, budzącą też co kilka lat złowrogie demony niszczących archipelagi cyklonów. Podczas podróży pokład pasażerski spełnia uroczą rolę morskiego klubu dyskusyjnego, nieustannie szepczącego pogawędkami, także w czasie serwowanych tu smakowitych posiłków spod ręki wyśmienitego kucharza okrętowego Pelepesite Tuma. Członkowie załogi na wachcie przemykają pokładami prawie niezauważeni; wyróżniają ich krótkofalówki upiętymi pasków i głośniejsze komendy przekazywane w pośpiechu pracy. Wystawanie na dziobowej falszburcie, szczególnie wieczorami, rozgrzanymi barwami zachodzącego słońca, nasuwa wzruszające refleksje, iż ponad ćwierć wieku temu fale identycznie huśtały kadłubami płynących tędy fregat, a tokelau – tym słowem Polinezyjczycy określają wiatr wiejący od północy – napełniał żagle i płuca załóg powietrzem, niosącym ten sam zapach i słone drobiny morskiej wody.

Każdy z trzech tokelańskich atoli – Atafu, Fakaofo i Nukunonu jest nieregularnym pierścieniem bujnie zielonych motu – wysepek koralowych – o łącznej powierzchni tylko12 km², zasiedlonych przez osamotnioną populację niewiele ponad tysiąca mieszkańców. Każdy z atoli (atol to w istocie obrzeże krateru wygasłego wulkanu zmienione ekspansją rafy koralowej) nosi nazwę jedynej wioski, jaka się na nim znajduje. Liczba 3 odgrywa tu rolę naczelną: lokalna władza spoczywa na barkach trzech rad wioskowych, zwanych taupulega. wybieranych raz na trzy lata. Również co trzy lata mieszkańcy atoli głosują na reprezentantów wchodzących do rady wykonawczej Tokelau. Szef rządu piastuje stanowisko rok, a następnie przechodzi ono rotacyjnie na kandydata kolejnego atolu. Parlament archipelagu liczy 21 delegatów.

Koralowe wysepki pierwszego w podróży atolu – Fakaofo – wyłaniają się z oceanu przerywanymi pasemkami filigranowych, zielonych ogrodów. To naturalny, wizualny sygnał do ożywienia uśpionych pokładów frachtowca. Dla części pasażerów to kres podróży, a dla załogi moment wprowadzenia procedur podejścia możliwie jak najbliżej lądu. Na atolu nie ma portu. Wielosetmetrowa głębina nie pozwala na rzucenie kotwicy, statek zmiennie operuje więc silnikiem, by nie dryfować od wyspy, ale i też nie pozwolić prądom na nią się wepchnąć. Lady Noami stanęła w kontrolowanym dryfie około 300 metrów od brzegu. Szeroka, metalowa łódź motorowa odbiła od atolu i po kilku minutach zmagania się z płaskimi falkami podpłynęła pod burtę frachtowca. Entuzjastyczne pokrzykiwania z łodzi mówiły, iż dla atolu nastąpił oczekiwany, niemal świąteczny moment. Z opuszczonej platformy rufowej Lady Noami przystąpiono do wielogodzinnego rozładunku towarów przeznaczonych na Fakaofo. Zręcznie układano je na spodzie płaskodennej łodzi, a wolne miejsca zajęła pierwsza partia nie tylko kończących tu podróż, ale i kilku pasażerów płynących dalej, także członków załogi po wachcie, chętnych rozprostowania nóg na stałym lądzie. Przybicie przeciążoną łodzią motorową do partii wybetonowanego nabrzeża wymaga skupionej uwagi i najwyższej ekwilibrystyki przy sterze, bowiem prowadzi tam kilkumetrowej szerokości płytka rynna, wycięta w koralowej rafie. Niebezpieczny, skalny próg u jej wejścia zmusza sternika do wyczekania wyższej fali i, przy pełnej mocy ślinika, wskoczenia na jej grzbiecie do wąskiego korytarza. Ilość kursów między lądem a statkiem zależy od potrzeb. Towar nie tylko się rozładowuje, ale i zabiera kolejny, ten z przeznaczeniem na sąsiednie atole, bądź dalej na Samoa. Podczas rejsu statek zwykle dwa razy odwiedza każdy z atoli, na każdym powtarzając procedury rozładunku i załadunku. Kilkugodzinny postój na wyspie pozwala zdziałać niezwykle wiele, szczególnie, gdy odpływ obniża poziom oceanu i odsłania pokłady rafy koralowej, łączące perełki wysepek. Maksymalnie wykorzystywałem czas każdego z postojów dobrze pamiętając o czasie ostatniego kursu motorówki przed odpłynięciem statku – kapitan nie ma zwyczaju czekać na spóźnialskich. W zależności od możliwości czasowych znikałem na kilka godzin, czy też na cały dzień, by na własną rękę odkrywać sekrety zakamarków wiosek, melodię ciszy gęstwin tropikalnego buszu tuż obok, piesze przeprawy płyciznami rafy z jednej wysepki na sąsiednią i dalej bacznie wypatrując pierwszych oznak przypływu, na pół doby gotowego odciąć mnie od powrotu do wioski. Każda minuta, godzina, dzień i noc pasjonująco uświadamiały mi, że dotarłem do wyjątkowego miejsca kuli ziemskiej i doświadczam przygody nieporównywalnej ze wspomnieniami z innych zakątków tropikalnego świata wysp. Nie sposób było nie docenić słodyczy powietrza w każdym oddechu i krystaliczności aury zawieszonej w bujnym listowiu dookoła, nie zachwycić się lśniącym, lazurowym morzem zamkniętym w płytkich lagunach atoli, soczyście zielonymi kępami pandanusów i kokosowych palm wyrastających jakby z morskich głębin. Na tokelaańską przygodę złożyły się więc trzy oddzielne przeżycia, a każde z nich nosiło nazwę kolejnego atolu.

Atol Fakaofo formuje 60 wysepek ułożonych w ramiona trójkąta. Średnia wysokość ponad poziom morza to 3 m. Wioska o tej samej nazwie ulokowana jest na zawietrznej wysepce (tez tej samej nazwy) po zachodniej stronie atolu, dobrze osłoniętej przed naporem wiatrów i wysokiej fali. Fakaofo liczy ponad 500 mieszkańców i doprawdy tu ciasno, brakuje miejsca na dochodową gospodarkę. Zabudowa jest mocno zwarta i gromadzi populację atolu w jednym miejscu. Owalne cylindry zbiorników przy budynkach zachowują deszczówkę z dachów, bowiem brak tu wystarczająco zasobnych wód gruntowych i źródeł (na Fakaofo są dwie studnie; Nukunonu posiada jedną dość ubogą w wodę; Atafu ma trzy, z których wykorzystywana jest tylko jedna). Tuż obok płaski, lekko wypiętrzony ponad fale taras rafy przeznaczono na hodowlę świń, utrzymując je w ten sposób z dala od zabudowań mieszkalnych. Kolory wioski maluje zieleni i mocne akcenty różnobarwnych kwiatów; widać, iż dbałość o czystość leży w naturze tubylców. Fale – parterowe budynki mieszkalne – mienią się pastelowymi kolorami, choć wiele tu też podupadłych chat. Intensywność dnia niewiele różni się od usposobienia głębokiej nocy; jest sennie i cicho. Wczesnym popołudniem czuje się dymy palenisk i zapach smażonych ryb. Zaglądając do skromnie umeblowanych wnętrz napotykałem lekko zdziwione, przyjazne spojrzenia mieszkańców. Proponowano poczęstunek, łyk wody, lub napój z orzecha kokosowego. Wystarczy pół godziny, by wioskę obejść dookoła, poznać ją i być samemu poznanym. Drewniane canoe i metalowe kadłuby motorówek spoczywały na szorstkim gruncie koralowym od wewnętrznej strony laguny. Wiało od wschodu i żadna z nich nie pojawiła się na łowisku, nikt także nie wybierał się na sąsiednie wysepki atolu, by dojrzeć skromnych upraw rolnych. Ocean przeżywał odpływ i powoli odsłaniał się rudawy, koralowy grzbiet łączący sąsiadujące ze sobą wysepki. Przetaczały się jeszcze przezeń niskie fale, ale stało się jasne, że przy wyciszonym oceanie nie ma specjalnie problemu w pieszej wędrówce na każdą z nich po kolei. Potwierdzili to również miejscowi, zaznaczając, iż kilka miejsc wymaga użycia canoe – tam morskie prądy są silniejsze – a poza tym należy pamiętać o przypływie, by na większość dnia czy nocy nie uwięzić się na peryferiach atolu.

Z Fakaofo odpływaliśmy wczesnym popołudniem, gdy horyzont pociemniał grafitowymi chmurami. Wkrótce pierwsze wysepki atolu, te położone na najdalszym, zewnętrznym pierścieniu, rozmyły się w mglistej poświacie deszczu. Słońce zniknęło, a ciemnobłękitny ocean przyjął kolor chłodnej, ołowianoszarej otchłani. Lśniąca zieleń atolu w oka mgnieniu utraciła miłe oczom rześkie kolory. Ulewa uderzyła w kadłub Lady Noami, lecz ta, niewzruszona odmianą pogody, zwróciła dziób na północny zachód i z miarową wibracją silnika ruszyła ku Nukunonu. Spytałem Lucilli Inu – Afu, członkini załogi, o mapę archipelagu. W jej opinii jedynie kapitan posiadał szczegółowe mapy morskie akwenu. Mrugnęła okiem i wspięła się w deszczu na mostek kapitański, a po chwili zapraszająco pomachała stamtąd ręką. Kapitan John Foma i pierwszy oficer, Michael Ahkee, trzymali służbę w klimatyzowanym pomieszczeniu sterówki, obserwując powierzchnie oceanu, śledząc wskazania radaru i podwodnych sąd. Kapitan chętnie podjął rozmowę w trakcie której wyjaśnił wiele aspektów pacyficznych rejsów, jak i zaprezentował do sfotografowania mapy atoli.. Wyjaśnił, że Nukunonu oddalone jest od Fakaofo o około 100 kilometrów i jako ciekawostkę dodał, iż oficjalne współrzędne geograficzne atolu odbiegają nieznacznie od ich faktycznego położenia; należy więc uwzględnić korektę 14 – 16 mil morskich w kierunku zachodnim, by atolu nie minąć. Dodał, że do Nukunonu przybijemy około godziny piątej wieczorem. Zaprosił również do uczestniczenia w kapitańskich posiłkach z kadrą Lady Noami. Kilka razy skorzystałem z okazji posilania się w gronie oficerskim, ale kulinarne pomysły Pelepesite najlepiej smakowały na powietrzu, pod rufowym zadaszeniem, z widokiem na ocean, w gronie konwersujących Polinezyjczyków.

Wysepki Nukunonu ukazał się wieczorem wzruszającym obrazem palm kokosowych, dojrzewających w koralowych donicach pośród oceanu. Deszczowe chmury zagarnęły niebo nad pierścieniem atolu i zwiastowały mocną ulewę, natomiast zachodni horyzont, nadal klarowny, sposobił się do przyjęcia w głębiny czerwieniejącego słońca. Ciepłe promienie napełniły morski pejzaż urokiem niezwykłych podświetleń malujących się na sinych krawędziach chmur, pióropuszach palm zacieniających wioskowe fale, podkreśliły geometryczne linie białych ścian katolickiego kościoła. Zapadał zmierzch, ale dla załogi nie miało to znaczenia; z obowiązkami należało uwinąć się za dnia, by nie narażać sternika miejscowej łodzi do pływania do wyspy w ciemnościach. Łódź z Nukunonu dobiła do burty rufowej i w mgnienia oku przerzucono na nią paczki, skrzynie, materiał budowlany. Dosiedli się tubylcy. Tego wieczoru nie przewidywano kolejnej tury i nie było sensu schodzenia na ląd. Rozładunek Lady Noami będzie kontynuowany od rana. Kurtyna nocy zapadła nad oazami zieleni, których miejsce na przestrzeni bezkresnego oceanu określały teraz świetlne punkciki domowych lamp. Ale i one z czasem wygasły rozmywając Nukunonu w nieprzeniknionej czerni. Zaczęło padać i wzmógł się wiatr; szarpał masztami statku i huśtał nim miarowo, a ciepła deszczówka wdzierała się pod zadaszenia. Schroniłem się do kajuty i położyłem na koi. Współpasażerowie rozmawiali w mroku, a kadłub drgał cichymi wibracjami silnika, nieustannie korygującego położenie względem wyspy.

Przed piątą rano wybudziła mnie głęboka cisza i brak rezonansu kadłuba. Kajuty zalegały w głębokim śnie. Umyłem się i wyszedłem na bezludny pokład. Nad Pacyfikiem nadal czuwała noc. Żywego ducha dookoła. Ocean wydawał się czarną, gładką taflą szkła. Lady Noami tkwiła na niej, jakby wmurowana w koralowe dno. Podszedłem do relingu. W ciemnościach nie dostrzegłem choćby jednej zapalonej na wyspie żarówki; lśniły jedynie lampy pozycyjne statku. Natomiast na niebie, w przestrzeniach wolnych od postrzępionych obłoków, mieniły się krystaliczne gwiazdy. Śledziłem je w poszukiwaniu Krzyża Południa, ale krył się za obłokami, natomiast pełnią mocy lśnił położony na boku Orion. Spała Lady Noami, śniło jeszcze Nukunonu, drzemał Orion. Do świtu samotnie wsłuchiwałem się w ciszę okrywająca archipelagu Tokelau. Z pierwszymi kolorami wschodzącego słońca obróciła się klepsydra wydarzeń kolejnego dnia, a piasek upływających minut począł przesypywać się niepohamowanym wigorem. Pierwszy na pokładzie pojawił się Augusto, pomocnik Pelepesite, i zaraz też zadbał o kawę. Wczuwając się w jej smak i aromat, obserwowałem dzień budzący się nad atolem. Pierwsze jego oznaki wyłoniły się z głębi morza; grzbiety kilkunastu delfinów czesały głębinę między burtą statku a Nukunonu. Wynurzały się tyralierą naganiając ławicę ryb, lub goniły pojedynczo za wybranymi sztukami. Bez wątpienia owe myśliwskie harce zwabiły okazałego w rozmiarach rekina, którego charakterystyczne, ukośne płetwy ukazały się nieoczekiwanie w pobliżu. Majestatycznie kierował się w stronę rozgardiaszu na powierzchni, lecz w pewnej chwili spowolnił, jakby zawahał, po czym bez pośpiechu zatoczył ciasny krąg i ku mojemu rozczarowaniu skierował ku odkrytemu morzu. Myślę, że spłoszył go rytmem wioseł trzech rybackich canoe, kierujących właśnie dzioby na akwen patrolowanym przez delfiny. Ożywiło się też nadbrzeże wyspy; dostrzegłem przygotowania do odcumowania łodzi transportowej. Zaskoczył mnie widok ciężarówki parkującej przy wybetonowanej przystani. Przez cały swój tutejszy żywot z pewnością nie nakręci na liczniku więcej niż 10 km.

Na ląd przeprawiłem się z pierwszą partią ładunku. Podeszła do mnie kobieta w jasnozielonej, mundurowej koszuli bez oznaczeń i przedstawiła się jako urzędniczka imigracyjna. Nie spytała o paszport, a jedynie o czas mojego planowanego tu pobytu. Zapewniłem, że odpłynę na Lady Noami zaraz po ukończeniu jej rozładunku. Usłyszałem, iż mogę robić i chodzić, gdzie chcę. Gwoli dopełnienia wizowych formalności pogodnie się uśmiechnęła i poufale klepnęła mnie w ramię. Swoiście przybity, przyznacie, stempel wizowy.

Wioska Nukunonu rozbudowana jest z wykorzystaniem niemalże każdego dostępnego skrawka lądu. Centralnym budynkiem jest tu kamienna bryła kościoła katolickiego, którego dzwonnica góruje ponad wierzchołkami palm. Lica pobielonych ścian szpecą zmurszałe połacie łuszczącego się tynku. Remont elewacji to trudna decyzja, bowiem czy sensownym jest reagować, gdy uszy brakuje na ważniejsze miejscowe potrzeby, a wysoka wilgotność powietrza, wzmagana regularnymi falami na przemian pasatowych deszczy, upałów i huraganów, z góry skazuje renowację na niepowodzenie? Podobnie mają się w tej aurze starsze, murowane, bądź drewniane fale – domostwa mieszkalne – mające okres świetności dawno za sobą. Należy jednak przyznać, iż dzisiejsze tokelańskie fale w większości stanowią dość solidną, wzmocnioną betonem, materię, utrzymaną w czystości, kolorowo wykończoną, sadowioną dwa do trzech metrów ponad poziomem gruntu – to na wypadek wysokich fal zdolnych przetoczyć się przez powierzchnię wyspy. Wokoło ukwiecone krzewy i klomby wysypane śnieżnobiałym piaskiem koralowym. Za dnia wioskowe ścieżki są raczej wyludnione – cóż, życie najchętniej skupia się w okolicy przystani; w wiosce nie słychać ptaków, nie biegają psy, zewsząd dochodzi jednolity szelest palmowych liści i morskich fal. Kilkuminutowy spacer wskroś wioski odsłania wnet prawdziwie uwodzącą panoramę jasno-turkusowej, gładkiej powierzchni laguny i pasemek bujnego gąszczu wysepek na jej horyzoncie. W wyczuwalny sposób ciało przejmuje stąd spokój i odprężenie; bajkowy widok sprowadza myśli do stanu wyciszenia i szczęśliwości, niezależnie od pory dnia, która nas tu sprowadzi.

Nukunonu jest największym atolem archipelagu, a wioska ( tradycyjnie o tej samej nazwie) leży na największej z jego wysepek (też o tej nazwie), położonej w południowo-zachodniej partii atolu. Brak tu tradycyjnego kotwicowiska – głębokość otaczających wód sięga setki metrów – więc statek wyczekuje w dryfie w pobliżu wyspy. Występy rafy koralowej zagrażają również łodziom, tak więc i tutaj sternicy podprowadzają je do lądu z rozwagą, korzystając z nośności fal przybojowych. Kiedyś istniał bezpieczny pasaż między wysepkami – z morza bezpiecznie prowadził on łodzie na łono łagodnych wód laguny, lecz jeden z cyklonów zdemolował go narzucając tam tony koralowego piasku i gruzu. Wcześniejszy kataklizm, w roku 1914, dosłownie przeorał wyspę w poprzek na południowy wschód od wioski i uczynił tam kilkudziesięciometrową wyrwę – z dnia na dzień i na oczach tubylców, powstała tuż obok kolejna wysepka, którą nazwano Matusanga. Powodem sezonowych kataklizmów jest fakt, iż Tokelau leży w pasie pacyficznych tajfunów. W 2005 roku archipelag nawiedził cyklon Percy, a poziom oceanu pokrył atole Fakaofo i Nukunonu na wysokość ponad metra. Nikt nie zginął, ale znacznie ucierpiała hodowla, uprawy bananów i orzechów kokosowych. Srogo też brzmi dalsza perspektywa; regularne podnoszenie się poziomu oceanów w rezultacie ocieplenia klimatu złowieszczy zniknięciem z mapy świata zielonych wysepek Tokelau. Kiedy to nastąpi? Za kilkanaście, czy może kilkadziesiąt lat? Trudno powiedzieć, ale katastrofalny fakt wydaje się nieunikniony. Podróże tam są więc dzisiaj przedsięwzięciem unikalnym, bowiem dotyczącym rajskich skrawków kuli ziemskiej bezpowrotnie znikających z jej powierzchni.

W każdej z wiosek Tokelau odnajdziemy drewniany budynek szałasowy, różny od pozostałych wielkością, modułem konstrukcji i przeznaczeniem. Fale pa to zwykle rozległa połać dwuspadowego dachu, misternie wyplecionego z liści palmowych, opartego na ramionach kilkunastu mocarnych pali, zdobionych zwykle motywami natury i spirytualnych wyobrażeń. Miejsce służy jedynie mężczyznom (kobietom wstęp wzbroniony) i jeśli tylko ich uwagi nie mąci lokalne wydarzenie (np. wizyta Lady Noami), to dzień spędzają głównie pod dachem fale pa  omawiając bieżące problemy, do woli plotkując, spierając się i godząc, jak trzeba, knując i spiskując, śpiąc, bądź też całymi dniami siedząc w milczeniu – niezmiennie, od wieków, w tym samym miłym ciału chłodzie zakonserwowanym pod rozległą kopułą fale pa. Święty prestiż i najwyższy szacunek miejsce to zawdzięcza tradycji obradujących tu od pokoleń wodzów i wioskowej starszyzny; surowo egzekwuje się stąd prawo ojców i uchwala tu nowe reguły praworządności, zgodne z duchem nowych czasów; czuwa nad czystością kultywowanej tradycji eliminując dekadenckie wzorce wnoszone zza morza; łagodzi konflikty i sprawiedliwie też dystrybuuje żywność uzyskaną z płytkich pokładów mizernej ziemi i bezkresnych głębin oceanu. Wodzowie i rady wiosek wywodzą się jedynie z grona starszyzny, bowiem taki jest tu duchowy nakaz wyboru i podstawowa kwalifikacja do sprawowania urzędu. Przyjęło się tu przekonanie, wręcz imperatyw, iż jedynie zaawansowany wiek i życiowe doświadczenie stanowią podstawę zdrowego osądu i zasada ta gruntuje każdą bez wyjątku sferę codzienności. W tym przekonaniu dobiera się wychowawców najmłodszych, dbając usilnie, by każde następne pokolenie, również to najmłodsze, podążyło właściwą drogą, a najzdolniejsi w tej grupie przejęli w przyszłości filozoficzną mądrość i odpowiedzialność rad. Gradację ważności piastującego urząd doskonale ilustruje jego usadowienie pośród szacownego gremium podczas narad i celebrowanych świąt. Najstarsi – kailau – zajmują miejsca najbliżej naczelnego wodza, natomiast młodsi radcy – w równie mocno podeszłym wieku – zasiadają w dalszym, zewnętrznym kręgu. Decydujący wymóg późnego wieku w doborze kandydatów do piastowania wyższych funkcji w administracji wysepek Tokelau nie ma sobie podobnego na całym południowym Pacyfiku.

Podłoże gruntowe atoli Tokelau stanowi szorstki piasek i porowata skała koralowa i fakt ten – niemożność utrzymania w nim wody deszczowej – nie sprzyja procesowi erozji gruntu, a w jej następstwie tworzeniu warstwy żyznej gleby. Choć kilkanaście odmian roślinnych dobrze zaaklimatyzowało się do miejscowych warunków, to stworzenie tu zasobnej agrokultury jest po prostu niemożliwe. Niezwykle malowniczą z oddali, lecz w istocie bardzo trudną do przebycia gęstwinę wysepek porastają głównie palmy kokosowe, pandanusy, papirus, fikusy, gardenie, bananowce, trochę chlebowców. Ziemia jest bogactwem i elementem w zasadniczy sposób determinującym byt wyspiarzy; zapewnia bowiem podstawową żywność i budulec. Prawo własności do niej opiera się na zasadzie pokrewieństwa i z tego względu niezwykle istotną jest tutaj skrupulatna wiedza genealogiczna potomków każdej z rodzin – bez choćby skrawka ziemi na Tokelau po prostu nie da się żyć.(Dzisiaj ryzyko niedostatku niweluje coroczna, nowozelandzka pomoc finansowa w wysokości około 4 milionów NZ$, dzielona równo pomiędzy obywateli). Witalną, niemal świętą konieczność posiadania choćby lichego poletka ilustruje historia nauczyciela przywiezionego na Fakaofo przez misjonarzy w połowie XIX w. Ledwo postawił nogę na wyspie, a tubylcy spytali wprost, jak zamierza tu żyć i co jeść, bowiem całość lądu jest rozdzielona i nie ma tu dlań choćby piędzi wolnej skały, nikt zaś nie będzie go tu żywił. Odważnie pozostał, choć nie na długo. Posiadanie ziemi odnosi się do jednego, bądź kilku małych przestrzeni terenu, zajętych lasem, uprawą warzyw czy kokosów, działek w wiosce służących postawieniu fale – domu mieszkalnego i fale umu – szałasu kuchni. Na Fakaofo ziemię podzielił pierwszy historyczny wódz Kava Vasefanua i nadał ją głowom rodzin ówczesnego atolu. Wyjątek dotyczył niewielkich przestrzeni służących rezerwom żywnościowym wspólnoty i dwóch małych wysepek, które wódz zarezerwował dla własnego użytku. Granice własności rodzinnych gruntów nie kończą się wraz z linią morskiego brzegu, lecz wybiegają dalej, na płycizny rafy koralowej, kończąc się na krawędzi urwiska oceanicznej głębiny. Prawo do połowów na akwenie rafy ma zwyczajowo jedynie właściciel terenu, ale dzisiaj praktycznie nic nie wadzi współmieszkańcom wioski w nieskrępowanym poszukiwaniu tam jadalnych głowonogów, skorupiaków i ryb. Również dla mnie problemu nie stanowiły swobodne marsze przestrzeniami wysepek, przeprawianie rafą na sąsiednie z nich, nocleg w nabrzeżnym gąszczu. Za dnia nie starczało czasu na podglądanie form życia toczącego się na płyciznach; nocą, oddzielony mgiełką moskitiery, wsłuchiwałem się w odgłosy skorupiaków ożywionych na kamienistym pograniczu lądu i wody; nurkując na rafie uwagę kierowałem głównie na jej kraniec, skąd od czasu do czasu, mniejsze rekiny zapuszczały się na płyciznę w poszukiwaniu łatwiejszej zdobyczy. Na odsłanianych odpływem tarasach rafy intrygujące dla oczu, ale i niebezpieczne, okazały się owalne otwory i szczeliny głębin naturalnych studni. W kilkuminutowych, zgodnych z falowaniem oceanu, odstępach czasu wybijała z nich spiętrzona woda, zalewając w mgnieniu oka odsłonięty koralowiec, równie szybko cofając się do czeluści, skąd napłynęła. Miałem świadomość, iż stąpam po śliskim, kamiennym dachu okrywającym nawy podwodnej katedry, labirynty korytarzy i zakamarki morskich grot – endemiczny świat fauny i flory, ukryty przed okiem polujących tu wyspiarzy, do tego zachowany w nieskalanej czystości i formie. Wędrując brzegiem laguny natrafiłem na mężczyzn łatających rybackie canoe. Starszy z nich, rybak o imieniu Selau, spostrzegł moje zainteresowanie i chętnie podjął rozmowę o swoim rzemiośle. Do wykonania czółna – najcenniejszej dla Polinezyjczyka własności – najlepsze jest drzewo kanava, bowiem cechuje się wysoką odpornością na siąknięcie wodą, jest odpowiednio masywne i niezwykle twarde, co, niestety, czyni je trudnym w ciesielskiej obróbce. Drążenie pnia i kompletne wykończenie canoe trwa około 6 miesięcy, ale potem łódź zdolna jest służyć nawet 30 lat.

Kanava to naturalne i kulturowe bogactwo Tokelau. Każdy właściciel gruntu ma prawo nieskrępowanego dysponowania wyhodowanym nań plonem – zbiorem orzechów kokosowych, wszelkimi odmianami owoców i warzyw, drewnem itp. – wszystkim, co zrodzi jego ziemia, z jednym wyjątkiem. Jest nim kanava. Wycięcie każdego egzemplarza tego drzewa i użycie go jako budulca lub też podział jego zasobem z kimkolwiek może dokonać się jedynie za zgodą głowy najszerzej pojętej rodziny (nie tylko tej dysponującej gruntem). Restrykcyjnie respektowanie tej prastarej zasady rozsądnie reglamentuje więc gospodarką szlachetnego, wartościowego surowca, uważanego tu w czasach przedchrześcijańskich za element natury poświęcony bóstwom. Jak więc tradycja widzi potrzebę zbudowania nowego canoe? Posiadając już zgodę na użycie nań kanavy, rodzina zleca pracę cieśli, zwanemu tu tofunga. Męskie grono udaje się do lasu i przegląda poszczególne kanava wnosząc przed każdym z nich prośby do sił wyższych o pomyślny przebieg prac. Tofunga dokonuje ostatecznego wyboru. Po ścięciu wybranego egzemplarza pień obrabia się je z grubsza na miejscu, zaś finalne ciosanie oraz gładzenie kadłuba nastąpi już na terenie wioski. Tofunga planuje kształt i parametry canoe, nadzoruje przebieg prac i odpowiada za efekt końcowy. Zatrudnieni przezeń pomocnicy wykonują gros prac, zaś uczniom przypadają zajęcia typowo pomocowe; w przeszłości, na osełkach ze skały koralowej, ostrzyli głównie strugadła toki – wąskie ostrza np. z fragmentów olbrzymich muszli tridacna gigas, osadzone w drewnianej rękojeści. Mniejsze canoe paopao – bardzo zwrotne, dwu – trzyosobowe z charakterystycznym, bocznym pływakiem – drąży się z jednego pnia drzewa i wykorzystuje do przybrzeżnych połowów lub, jak niegdyś, wojny. Większe vaka z reguły potrzebowały trzech pni i ciosano je z myślą o oceanicznych połowach i rejsach na sąsiednie atole; pływano nimi na Samoa, zapuszczano nawet na dalekie Fuji. Liczba ofiar dalekich eskapad skłoniła władze do zakazania rejsów poza rodzimy atol i dzisiejsze łodzie służą jedynie przybrzeżnym połowom i transportowi plonów rolnych z okolicznych wysepek. Największe z tokelańskich canoe to cięższe lualua o dwóch równoległych kadłubach skrępowanych poprzecznymi wiązarami. Dzień ukończenia łodzi jest datą szczególną; zwodowaną próbuje się pod kątem szybkości i zwrotności w gronie dziesiątek innych, zaś nośny śpiew wioślarzy wita ją na gładkich wodach laguny.

Brak dostatecznego areału żyznej gleby, do tego dewastacja skromnych upraw w rezultacie cyklonów w dużym stopniu uzależnia byt mieszkańców archipelagu od zasobności otaczających wód, więc życie mężczyzn koncentruje się na połowach i canoe. Morze wokół atoli jest zasobne: większe okazy ryb chętnie podpływają do rafy w poszukiwaniu pożywienia, a błękitne laguny wypełnia różnorodność drobniejszych gatunków. Skromna liczebnie populacja tubylców jest niejako gwarancją, iż okoliczne wody nie zostaną dotkliwie przetrzebione, tak, jak miało to miejsce na Hawajach. Rybołówstwo jest prerogatywą mężczyzn i nieustannie szkoli ich na kolejnych morskich ekspertów. Większość dnia spędzają więc na wodzie, chociaż na brzegu zawsze pozostaje ktoś wypatrujący oznak ujawniających się miejscami ławic. Sieć i wędka należą do tradycyjnych metod połowu w lagunie, natomiast na krawędzi rafy, gdzie na kilkaset metrów dno znika w granatowej otchłani, najlepsza jest linka z przynętą opuszczana z łodzi. Przy sprzyjających prądach podwodnych wyciąga się między innymi okazałe kostropaki (ruvettus pretiosus), których mięso, choć niejadalne, zasobne jest w tłuszcz – bazę uzyskania z niego oleju. Swoistym męskim sportem zrywające z posłania niemal każdego mężczyznę, jest ściganie ławic bonito (sarda) żerujących czasami u powierzchni w godzinach świtu, lecz bez wątpienia najbardziej ekscytującym z połowowych doświadczeń jest polowanie na rekina. Lina i hak z przynętą są w zwykle w użyciu, ale prawdziwą sztuką jest schwytanie drapieżnika w pętlę na otwartym oceanie. Operacja ta wymaga brawury i sprytu. Na ten połów typuje się tylko duże canoe vaka z cztero-, pięcioosobową załogę pod komendą tautai – doświadczonego kapitana. Linę z przynętą – zwykle są to dwie lub trzy ponacinane korpusy niejadalnego węgorza białego – opuszcza się za rufą canoe. Rekina powinien sprowadzić ślad krwi i strzępy mięsa pozostawione za dryfującą łodzią. Jeden z rybaków wysuwa, tuż za przynętę, linę z otwartą pętlą, zamocowaną na długim pręcie. Atakując przynętę drapieżnik zwykle przepływa przez jej oko, a pętlę zaciska się między płetwami grzbietową i ogonową. Stworzenie jest w pułapce. Na ściągniętego do burty rekina sypią się mordercze pałki. Do skutku. Czasem rybacy odpuszczają starcie; furia zbyt silnego osobnika zagraża łodzi i życiu załogi. Kobiety także mają udział w połowach, aczkolwiek ich zadanie sprowadza się do bezpiecznego wyszukiwania na płyciznach stworzeń pozostałych tu po przypływie. Do koszyków plecionych z liści pandanusa wędrują mniejsze ryby i kraby. Przysmakiem są też ośmiornice, wszczepione w dno i upodobniające się do jego struktury. Podejrzane miejsca dna dźga się kijkiem, by pobudzić głowonoga do ruchu, a upolowanego rozpina na patykach i suszy na słońcu.

Najmniejszy atol Atafu skupia 42 wysepki, a wioskę Atafu zamieszkuje prawie 600 osób. Pierwszą osadę założono tu w miejscu obecnie istniejącej, na południowym krańcu wyspy, w pobliżu przesmyku umożliwiającego przejście łodziami z laguny na otwarte morze. Fale wznoszono głównie od strony laguny, gdzie chłodniejsze powiewy łagodziły dzienny upał. Licząc się z podtapianiem domostwa osadzano na palach około 2 m nad poziomem gruntu. Usypywano też skalisty falochron minimalizujący w pewnym stopniu oddziaływanie wysokiej fali okresu huraganów. Współczesny schemat urbanistyczny wioski Atafu ukształtował się w okresie administracji kolonii wysp Gilberta i Ellice, kiedy teren oczyszczono, wytyczono segmenty wioski, wybudowano nowocześniejsze domy, zaś hodowlę świń wyizolowano w buszu. Malae – główny plac w centrum osady – nadal pozostaje niezabudowany. Południowy kraniec wykorzystuje się do meczów krykieta, najpopularniejszego sportu archipelagu, i suszenia kopry, natomiast północny wygospodarowano na ogród publiczny z uprawą taro, bananów i papai. Roślinność jest bujna, soczyście zielona, mięsista. Na jej rolę zwróciła mi uwagę Menorah, którą poznałem podczas rejsu. Studiuje w Nowej Zelandii i w miarę możliwości odwiedza tu matkę. Podkreśla, że dobre zdrowie i kondycja tubylców zależą od stanu tutejszej natury, która nie tylko karmi, ale i leczy. W dawnych czasach sztuka wyedukowanego leczenia nie była tu oczywiście znana, brakowało przemysłowo uzyskiwanych lekarstw i w chorobie tubylców ratowała zaradność. Remediów szukano w gąszczu i pokoleniami wypracowano naturalne metody kuracji, które przetrwały do dzisiaj. Oto kilka przykładów: rany powierzchowne przemywa się wodą i okrywa kompresem przeżutych i zmieszanych ze śliną liści krzewu maile. Mocno krwawiące okłada się liściami taususu posiadającymi właściwości ściągające, a całość owija wąskimi paskami wygładzonych włókien pandanusa. Bolące ropienie i wrzody traktuje się kompresami z pociętych liści nonu, owiniętych paskami z liścia palmy kokosowej. Kompres zanurza się uprzednio w rozgrzanym oleju kokosowym i okład mocuje na chorej skórze. Dojrzały wrzód nacina się rekinim zębem Bóle głowy wycisza delikatny masaż i miejscowe zaaplikowanie maści skomponowanej z pączków kwiatów drzewa maile i młodych korzeni pandanusa fala, utartych razem w ipu – skorupie orzecha kokosowego; bolące ucho uspokoi płynny wyciąg z kory drzewa taususu. Zapalenie spojówek wymaga cierpliwych starań; kuracja polega na uzyskaniu ekstraktu ze zmiażdżonych włókien młodych liści palmy kokosowej. Najpierw usuwa się ich zewnętrzną skórkę, a miąższ uważnie zdrapuje i nakłada na pęk włókien uzyskanych ze skorupy orzecha kokosowego, przez które, niczym przez filtrującą gazę, wyciska się do ipu sok, owy pożądany ekstrakt gotowy do zakroplenia.

Natura nauczyła Tokelańczyków pojmowania jej sekretów i zjawisk – meteorologii w szczególności. Szybko szybujące chmury, bądź ryby wyskakujące ponad powierzchnię wody, zapowiadają silne wiatry groźne dla łodzi na oceanie, natomiast nieruchome obłoki wskazują na spokojne morze, ale też i brak bryzy do żaglowania. Pojawienie się od zachodu warstw wąskich chmur tubylcy określają „niebem bonito”, bowiem ławice tych ryb popychane są ku atolom wiatrem wiejącym właśnie z tamtego kierunku. Dla odmiany niebo mocno zachmurzone i czerwieniejące słońcem, z bruzdami przejaśnień, nosi nazwę „nieba ryb teo”. Przesąd tłumaczy istotę chłodniejszych podmuchów z południa, uważanych za omen śmierci czatującej na kogoś z wioskowej społeczności. Identyczną przypowieść niesie także deszcz, po którym ocean mieni się czerwienią, bądź żółcią. Na Tokelau wiatry nazywa się zgodnie z 12. kierunkami ich napływu. W przeszłości to właśnie gwałtowna natura zjawisk pogodowych ukształtowała przeświadczenie tubylców o boskiej naturze zjawisk astronomicznych. Burzowe grzmoty tłumaczono przetaczaniem się niewidocznych obiektów na skałach nieba, a zaciemnienie słońca utratą przez nie krwi, co niechybnie sprowadzało katastrofy. Podobnie księżyc; wierzono, iż jest miejscem spoczynku zmarłych wodzów, a jego ubywanie podczas zaciemnienia rozumiano jako pożeranie go prze nich samych. Trwogę wynikłą z niepojętych zjawisk na nieboskłonie tuszowano inkantacjami i tańcem, kierowanymi do niebios z błaganiem o wybaczenie, opiekę, odwagę i siłę.

Przodków zamierzchłych epok wspominają nieliczne podania, w których Tokelańczycy widzą ich o mocniejszej budowie ciała, aniżeli obecnie. Przetrwała legenda, że pierwszymi mieszkańcami Nukunonu był mężczyzna o imieniu Pipi i kobieta Hekei, zaś pierwszym wodzem Talaho, którego imię stało się wodzowskim tytułem pierwszych pokoleń. Wczesnych mieszkańców atoli opisują też notatki Hiszpana Quirosa, który w roku 1606 zawinął tu w poszukiwaniu wody. Tubylców scharakteryzował, jako nastrojonych pokojowo, o dość jasnej karnacji skóry, a u wielu długich, rudych włosach. W czerwcu roku 1765 Atafu zbadał komandor John Byron i nadał mu nazwę “Duke of York Island”. Wysłał na brzeg dwie łodzie w poszukiwaniu wody, lecz nie natrafiono na tubylców. Znając detale jego odkrycia, w czerwcu 1791 roku nadpłynął kapitan Edwards, penetrujący archipelagi Mórz Południowych w poszukiwaniu buntowników z „Bounty”. Trzy dni później odkrył Nukunonu i nazwał “Duke of Clarence Island”. Nie nawiązał kontaktu z krajowcami, ale widział z oddali canoe pływające w lagunie. Brytyjska admiralicja nadała atolom nazwę Union Island. W połowie XIX wieku archipelag zwrócił uwagę misjonarzy, którzy dla demografii archipelagu mieli okazać się nie mniej groźni, aniżeli przywleczone przez Białych choroby. Chwalebna chrystianizacja przyoblekła się w szatę marnego błogosławieństwa; w latach pięćdziesiątych XVIII wieku francuski misjonarz Pierre Bataillon, zarządzający katolicką misją na Samoa, wywiózł na wyspę Wallys ponad 500 tubylców z obawy, iż na miejscu wymrą z głodu w następstwie pustoszących huraganów. Co gorsza, kilka lat później południkowo-amerykańscy handlarze niewolników zagarnęli kolejnych 250 – połowę ówczesnej populacji Union Islands, pozostawiając na Nukunonu jedynie 80. – i wywieźli na kolonialne plantacje. Kombinacja obu zdarzeń, do tego owe choroby, zredukowały wyspiarzy z 1000 do 200. W obliczu wygasającej egzystencji zdesperowani krajowcy wystąpili do Wielkiej Brytanii o pomoc i ochronę. W roku 1889 na każdym z trzech atoli komandor Oldham osobiście wciągnął na maszt brytyjską Union Jack deklarując oficjalne objęcie wysp protektoratem królewskim. W następstwie ostrej, duszpasterskiej rywalizacji na atolach dokonał się znamiennie zrównoważony podział religijnych wpływów: Atafu jest mocno protestancka; Nukunonu wybitnie katolicka, natomiast Fakaofu godzi interesy obu, choć relacja ta nie zawsze należała do sielankowych. W historii doszło tu do dwóch siłowych konfliktów religijnych, a w jednym z nich, w roku 1880, śmierć poniósł sam naczelny wódz. Kolejnymi aktami politycznych przetasowań w tej części Pacyfiku stało się w roku 1916 włączenie Union Islands do kolonii wysp Gilbert and Alice, a w 1925 włączenie pod administrację Samoa Zachodniego (Western Samoa). Dzisiaj Tokelau jest niezależnym administracyjnie terytorium Nowej Zelandii.

Rejs powrotny na Samoa odbiegał od fasonu podróży 11 dni wcześniej. Stanowiłem już cząstkę załogi, choć byłem tylko jednym z dziesiątek zmieniających się pasażerów. Na przemian posilałem się w mesie kapitańskiej i pod plandeką górnego pokładu; porankami, razem z Landoną, Ele, Albabą – członkami załogi frachtowca – przeganialiśmy sen kubkami gorącej kawy sączonej przy relingu rufy, a późnymi popołudniami oczekiwaliśmy zachodu słońca na dziobie Lady Noami. Wymienialiśmy adresy i wyobrażenia o przyszłości, ale z każdą mijającą godziną odczuwaliśmy zbliżający się kres wspólnej przygody. Marynarze i oficerowie, stewardesy Lucilla i Masepa, kapitan Foma i Pelepesite oczekiwali krótkiego odpoczynku w rodzinnym domu, natomiast mnie perspektywa czasowa wytyczała kolejny etap podróży na Samoa.

W Apii Lady Noami opuszczałem z drobiną nostalgii, pewnie podobnie załoga, bowiem na koniec nalegano na ostatnie, wspólne zdjęcie, ale już galowo, w żeglugowych uniformach, zaraz po rozładowaniu statku. Zajęło to prawie godzinę. Po kilku długich próbach pracownik portowy uzyskał na ekranie mojego aparatu zadowalający rezultat wspólnej fotki. Idąc gładką jezdnią do centrum Apii pociesznie odczuwałem iluzję, która nie ujawniła się na bezdrożach atoli Tokelau; ziemia nadal realnie falowała pode mną w rytmie rozkołysanego kadłuba Lady Noami.